Wczoraj rozmawialiśmy bardzo długo przez telefen. Rozważaliśmy wszystkie "za" i ":przeciw" Jego rezygnacji z pracy.
Cały czas byłam za tym, że powinien zostać w tej pracy. Jego Mama była podobnego zdania, kilkakrotnie tamtego dnia podchodziła da Niego z argumentami, by jednak w niej pozostał. Postąpił inaczej, chociaż dzisiaj też powiedziałam Mu, że popieram zdanie Jego Mamy.
Od dzisiaj jest tylko dla mnie. Przynajmniej tak miało być...
...bo pierwszy raz odkąd się spotykamy nie odpisuje na smsy i nie odbiera telefonu. Umówiliśmy się na wieczór, a On milczy.
Nie wiem, co myśleć o tym wszystkim.
Zrezygnował z pracy, byśmy mieli czas dla siebie. Byśmy mogli oczyścić sytuację, wyjaśnić nieporozumienia, pobyć ze sobą i zrobić krok w przód. Tymczasem czuję, że to będzie nas wiele więcej kosztowało.
Boję się. Boję się tych trudnych, nie do końca przemyślanych decyzji. To już druga praca, którą rzucił, a nie znamy się trzy miesiące.
Boję się o nas.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą praca. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą praca. Pokaż wszystkie posty
środa, 4 grudnia 2013
poniedziałek, 2 grudnia 2013
Nowa praca
Znów nie było mnie ponad tydzień. Żyję. Całą sobą żyję. Mam niewiele czasu, zajęcia są tak długie, że wracam do domu między 21 a 22. Oczywiście nie żałuję decyzji o dojazdach. Cieszę się z tego nawet takim kosztem.
Zaległości na uczelni mam masę. Najgorszy jest angielski, który bardzo mnie prześladuje. Poza tym wydaje mi się, że ze wszystkim jestem w tyle. Na co dzień nie mam kiedy nadrabiać, a weekendy są zazwyczaj zarezerwowane dla P. i rodziny. Muszę jakoś się sprężyć, bo nie powiem, chciałabym już obrobić się z większością rzeczy do świąt. Mam nadzieję, że mi się uda, ale potrzebuje motywacji.
Czuję bałagan. W sercu niestety też. Ale wszystko to kwesta czasu i samozaparcia, bo chęci są.
Z racji tego, że P. się rozchorował, swoją drogą, ja go zaraziłam, nie widzieliśmy się od czwartku. Teraz uniemożliwa nam spotkanie się choroba, wcześniej - praca. Pomimo, że dla Niego wiele rzeczy doczesnych stoi niżej w hierarchii wartości (np. praca) to, o dzwiwo!, wiele się w tej kwestii zmienia. Co prawda, nie zawsze na lepsze, ale wierzę, że owe lepsze jeszcze nastąpi.
Dla Niego praca jest tylko pracą. Ja mam zupełnie inne założenie. Studiując drugi kierunek marzę o pracy w zawodzie, zwłaszcza, że moje studia są też moją pasją. On ma inne podejście do tego. Gdy nadarzyła się okazja zmiany pracy, wykorzystał to, chociaż praca jest za gorsze pieniądze i nie w Jego fachu. Przynajmniej jest w cieple i na normalną umowę. Uważam, że pomimo, iż pracuje krócej (od 8-12 godzin) to jest bardziej męcząca. W poprzedniej pracował 19 godzin, ale miał dwa dni wolne po pracy. Również mógł pisać do mnie w czasie jej trwania, a teraz nawet nie ma chwili, by zadzwonić. Wiem, że ta praca jest przejściowa, ale nie podoba mi się - tzn. obecnie mam dziwne odczucia, np. w kwestii godzin pracy, które się zmieniają. On czuje podobnie, dlatego podjął decyzję - jeśli grafik na najbliższy miesiąc nie będzie mu odpowiadał i uniemożliwi nam spotkania, zrezygnuje z niej. Tylko ciekawe, co dalej...?
Jego wymarzona praca staje się rzeczywistością, ale bardzo, bardzo powoli. Martwię się o Niego, bo nie chcę, by praca była tylko pracą - chcę, by sprawiała Mu radość.
Wierzę, że to się jakoś ułoży.
P.S.
Ostatnia sprawa ułożyła się pomyślnie. Na szczęście wyszło na moje - nie ustąpiłam Mu. Zrozumiał i doszliśmy do porozumienia. :)
Zaległości na uczelni mam masę. Najgorszy jest angielski, który bardzo mnie prześladuje. Poza tym wydaje mi się, że ze wszystkim jestem w tyle. Na co dzień nie mam kiedy nadrabiać, a weekendy są zazwyczaj zarezerwowane dla P. i rodziny. Muszę jakoś się sprężyć, bo nie powiem, chciałabym już obrobić się z większością rzeczy do świąt. Mam nadzieję, że mi się uda, ale potrzebuje motywacji.
Czuję bałagan. W sercu niestety też. Ale wszystko to kwesta czasu i samozaparcia, bo chęci są.
Z racji tego, że P. się rozchorował, swoją drogą, ja go zaraziłam, nie widzieliśmy się od czwartku. Teraz uniemożliwa nam spotkanie się choroba, wcześniej - praca. Pomimo, że dla Niego wiele rzeczy doczesnych stoi niżej w hierarchii wartości (np. praca) to, o dzwiwo!, wiele się w tej kwestii zmienia. Co prawda, nie zawsze na lepsze, ale wierzę, że owe lepsze jeszcze nastąpi.
Dla Niego praca jest tylko pracą. Ja mam zupełnie inne założenie. Studiując drugi kierunek marzę o pracy w zawodzie, zwłaszcza, że moje studia są też moją pasją. On ma inne podejście do tego. Gdy nadarzyła się okazja zmiany pracy, wykorzystał to, chociaż praca jest za gorsze pieniądze i nie w Jego fachu. Przynajmniej jest w cieple i na normalną umowę. Uważam, że pomimo, iż pracuje krócej (od 8-12 godzin) to jest bardziej męcząca. W poprzedniej pracował 19 godzin, ale miał dwa dni wolne po pracy. Również mógł pisać do mnie w czasie jej trwania, a teraz nawet nie ma chwili, by zadzwonić. Wiem, że ta praca jest przejściowa, ale nie podoba mi się - tzn. obecnie mam dziwne odczucia, np. w kwestii godzin pracy, które się zmieniają. On czuje podobnie, dlatego podjął decyzję - jeśli grafik na najbliższy miesiąc nie będzie mu odpowiadał i uniemożliwi nam spotkania, zrezygnuje z niej. Tylko ciekawe, co dalej...?
Jego wymarzona praca staje się rzeczywistością, ale bardzo, bardzo powoli. Martwię się o Niego, bo nie chcę, by praca była tylko pracą - chcę, by sprawiała Mu radość.
Wierzę, że to się jakoś ułoży.
P.S.
Ostatnia sprawa ułożyła się pomyślnie. Na szczęście wyszło na moje - nie ustąpiłam Mu. Zrozumiał i doszliśmy do porozumienia. :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)