Zauważyłam, że są osoby, które dostają dobre oceny, chociaż nie przygotowują się do egzaminów/zaliczeń długo. Czasami wystarczy dzień przed, kilka godzin przed zaliczeniem, czy wolny weekend. Na przykład koleżanka ze studiów, Gośka. Jej prace wyróżniają się na tle innych bez względu, czy pracowała miesiąc wcześniej na nie, czy tylkio dzień przed. Jej życie towarzyskie też się rozwija. Ma faceta, wielu znajomych, podróżuje po świecie (do dwóch wyjazdów rocznie), po Polsce. Studiuje dwa kierunki, nie jest piękna, a i tak dobrze wygląda, nawet bez makijażu. Co tydzień spotyka się z przyjaciółmi, ma czas dla rodziny i dla faceta. Dużo czyta, ogląda filmy, potrafi wypowiedzieć się na każdy temat. Zna swoją wartość i choć z pozoru może wydawać się osobą niezbyt sympatyczną, to przy bliższym poznaniu można stwierdzić, że jest przyjacielska.
Przy niej wypadam blado. Chociaż zrezygnowalam z jednego kierunku, by poświęcić się temu, co kocham, moje prace wypadają baldo przy jej projektach. Nie mam faceta, nie mam o czym opowiadać, mój jedyny przyjaciel mieszka w Warszawie, widzimy się raz na ruski rok, więc nie mam też życia towarzyskiego. Pogrążanie się w marzeniach determinuje realne realizowanie celów. Zamiast działać, rozmyślam. Chciałabym wiedzieć, że życie w szczęściu jest mi pisane.
Szczęście chyba zależy też od charakteru. Nie wyobrażam sobie, żebym mogła się teraz bawić, wiedząc, że dziadek cierpi. Ale z drugiej strony wiem, że dziadek nie wyzdrowieje jutro i tak naprawdę muszę się z tym pogodzić i jakoś żyć, oczywiście nie zapominając o tym.
Kiedy wybierałam studia kierowałam się nie swoimi aspiracjami a rodziną. Nie chciałam zostawiać wszystkiego, nie chciałam odcianć się od obowiązków domowych. I tak było zawsze: nie mogę pójść do normalnej pracy, bo mamy porzeczki. Kto to oberwie?
Tak naprawdę te porzeczki wcale nie są moje i nie powinnam sobie zawracać tym głowy. Zasadzili je rodzice, to ich "wakacyjny biznes", więc teoretycznie ich sprawa. Tata pracuje, mama wzięła wolne specjalnie, by zrywać te owoce... Jak mogłabym mieć to gdzieś?
Jeśli chodzi o znajomych - nie ma weekendu, który mój brat spędziłby w domu. Poznaje nowych ludzi, jeździ z nimi w góry, na boisko, na imprezy... A ja? Ja siedzę sama. Odkąd moi znajomi skończyli szkołę, zakończyli znajomość ze mną, bo nie potrzebują taniej siły roboczej. W sumie to też moja wina, bo nie starałam się zatrzymywać przy sobie ludzi na siłę, a gdy były wspólne spotkania, miałam piekło w domu. Wolałam więc udawać chorobę, albo uparcie twierdzić, że nie mam ochoty na wyjścia, po czym beczałam w poduszkę.
W związkach wcale nie lepiej. Ktoś zaczyna się mną interesować, rozbudza moją ciekawość, ucieka i łamie mi serce. Taki tam pech...
Boję się kroku w przód. Nie umiem walczyć o siebie. Moje marznia są tylko marzeniami. Realizuje je w wyobraźni, przed snem. Boję się radykalnych zmian, chociaż ich potrzebuję. Da się coś z tym zrobić?
Czytając Twe słowa widzę siebie sprzed kilku lat. Jak żył ojciec alkoholik, który znęcał się nad nami i nie pracował martwiłam się o dom i mamę, która pracowała i miała z nim wiecznie problemy (ale to długa historia). Każde wyjście do znajomych, impreza czy spotkanie z facetem nie wyglądało tak jak powinno. Martwiłam się czy w domu ojciec się nie grandzi i nie wezwą znów policji. Moje (nasze) życie toczyło się wokół niego i nałogu. Mimo to poszłam na studia jakie chciałam i zaczęłam pracować jako niania by móc mgr zrobić zaocznie (tylko na lic. miałam luksus studiowania dziennego). Potem przez rok miałam dom na swymu trzymaniu, bo mamy zakład pracy upadł, a uwierz, że z pensji 800 zł było ciężko dobrze że nam babcia pomagała.Mimo codziennych obelg, rękoczynów ojca wobec mamy i po części mnie samej, jestem twardą babką, upartą i odważną. Walczę o swoje i mimo faktu, że zazwyczaj upadam to wstaję i próbuję od nowa. Kiedyś miałam tak samo jak i Ty, musiałam we wszystko włożyć maksimum pracy, a zazwyczaj efekt tego był niewspółmierny z wysiłkiem. Wszystko się zmieniło gdy zaczęłam "na siłę" wmawiać sobie, że wszystko się uda. Początki były trudne, ale z czasem efekt był widoczny. Dostrzegłam siłę pozytywnego myślenia (jestem urodzoną pesymistką) i oszukiwania swej podświadomości. Wiem łatwo mi się mówi, ale teraz jestem inną kobietą. Z zakompleksionej, ale mimo wszystko walecznej N. narodziła się pewna swej wartości (czasami mam gorsze dni) i wojownicza N. Zazwyczaj mam tak, że coś los mi da i zaraz zabierze. W chwili obecnej mnie to nie załamuje, odczekuję troszkę i zaczynam od nowa. Ty również dasz radę, spróbuj uwierzyć w siebie. Na studiach zawsze są cwaniacy, sama wielu przeklinałam. Kochana marzenia trzeba wcielać w życie. Popatrz na mój przykład. Zawsze marzyłam o nauce j. migowego więc po zakończeniu mgr uczyłam się go prawie rok. Niestety potem mama straciła pracę i musiałam zrezygnować. Niestety wszystko zapomniałam, ale i tak do niego wrócę gdy będę mieć pewniejszą sytuację finansową i ma nauczycielka będzie dyspozycyjna (urodzi na dniach dziecko). Wydam na niego krocie, ale wiem że będzie warto. Wiedz, że jeśli nie spróbujesz spełnić marzeń, za kilka lat będziesz zarzucać sobie, że nie spróbowałaś!! Zaryzykuj, uda się lub nie. Lepsze to niż gdybanie.
OdpowiedzUsuńPrzepraszam, że tak się rozpisałam!! Kochana to jak wygląda Twe życie towarzyskie zależy od Ciebie. Ty decydujesz czy warto czasami sobie odpuścić naukę i pójść gdzieś ze znajomymi lub po prostu wyjść do ludzi. Pamiętaj, ludzie nie są Twymi wrogami, potrzebują towarzystwa.
OdpowiedzUsuńDa się coś zrobić, zawsze jest jakieś wyjście tylko trzeba zmienić nastawienie, przede wszystkim swoje, jak i na świat zewnętrzny. Nie możesz uciekać, nie możesz też za wszelką cenę troszczyć się o innych i im podporządkowywać swoje życie... Jesteś młoda ale i dorosła, pora żebyś zaczęła zdobywać świat i realizowała się na własnych warunkach, tak jak Ty sobie to wymarzyłaś, czasem myśląc troszkę egoistycznie... Nie da się niestety w życiu wszystkim dogodzić, a nie możesz też wiecznie do tego dążyć, bo sama będziesz nieszczęśliwa... :(
OdpowiedzUsuńP.S. Zamknęłam bloga, jeśli masz ochotę mnie dalej odwiedzać, to podaj mi swojego maila albo napisz do mnie: vide.cul.fide@o2.pl
No i główka do góry :*
Zgadzam się w 100%:*
UsuńZresztą jakbym czytała o sobie sprzed kilku miesięcy.
Tak sobie czytam i wiedzę też kawałek siebie. Zawsze patrzyłam na innych, żeby im było dobrze, żeby pomóc Babci czy komuś tam... miało to swoje plusy ale nic za wszelką cenę. Nie można nie wychodzić z domu bo rodzice robią piekło. Teraz łatwo mi mówić, ale do ślubu tak miałam, że wciąż było coś nie tak wciąż im coś nie pasowało. Zagryzłam zęby trzymałam się swojego wyboru, wyjazdów z wtedy przyszłym Mężem i znajomymi. Wcześniej nic mi się nie układało byłam strasznie samotna, po tym jak powiedziałam sobie nie mogę tak dłużej - odetchnęłam :) ... no dobra dopiero po ślubie ;)
OdpowiedzUsuńDasz radę zmieniać swoje życie, tlyko zastanów się czego najpierw potrzebujesz. I realizuj. Na serio - WARTO ! nawet za cenę niezrozumienia i łez ... dąż do szczęścia :)
Oj, skąd ja to znam;) Kochana, też kiedyś taka byłam;) Pomogła mi pasja, jaką jest pisanie i to, że spotkałam na swojej drodze naprawdę wyjątkowych ludzi, których teraz mogę nazywać przyjaciółmi;)
OdpowiedzUsuńA może czasem warto się gdzieś wybrać? Umówić się z koleżanką na kawę, pogadać, choćby o głupotkach;)
Pomyśl, czego naprawdę byś chciała, czego oczekujesz od życia, a potem spróbuj to zrealizować w miarę możliwości. Zobaczysz, uda się:*:*