Zatrzymajcie te zegary... tak biegnie ten czas, aż mi go brakuje!
Miałam ogarnąć wszystko w niedzielę i przywiatać Was pozytywnym postem. Postaram się jednak dzisiaj streścić ostatnie wydarzenia, począwszy od soboty.
Z racji tego, że przyjechał tata (z pracy wraca co dwa tygodnie na jeden weekend - zwykle sobota, niedziela), rano zajęliśmy się typowymi sprawami domowymi - jakieś naprawcze akcje miały miejsce. Później, jak co dzień, zbieraliśmy się na wieś do babci. Ciotka zadzwoniła wcześniej, że zabierają dziadka do hospicujm, bo jest wolne łóżko. Niezadowolonego, zawiozła moja mama z bratem, ale to była dobra decyzja. Tego samego dnia zaczął chodzić do toalety sam, tak wzmocniły go te kroplówki (dostaje 4-5 każdego dnia) i lekarstwa, które przyjmuje regularnie, ale w mniejszej dawce i w równych odstępach, także nocą. W domu brał tylko trzy razy dziennie, nocą była przerwa, więc ból się wzmagał, a dziadek miał róźne fochy i czasem nie brał leków, czasem je mylił, mieszał i zapominał. Ostatnio był nie do zniesienia - choć wiem, że popełniam grzech, pisząc to. Marudził starsznie, krzyczał... aż sama się go bałam. Naprawdę. Nawet bałam się zanieść mu herbatę, chociaż wiem, że nic by mi nie mógł zrobić a krzyczy na każdego, więc nie powinnam jego słów brać do siebie. W każdym razie poprawa nastąpiła, dziadek z opieki zadowolony i warunków też - hospicjum wygląda jak dom - firanki w oknach, radio, telewizor, komódki zamiast "rusztowań" przy łóźku, kolorowe ściany i żyrandole, no i wypasione łóżka na pilot, a nie typowa prycza szpitalna. Niestety dziadek nie ma leczenia, bo już nie ma co leczyć - dostaje jedynie witaminy wzmacniające, leki od tarczycy i przeciwbólowe pigułki. Dzisiaj jego stan się pogorszył, tracił świadomość.
Wczoraj odwiedziliśmy go z babcią i po tym wszystkim nastąpiła poważna rozmowa u ciotki na temat pochówku. Z racji tego, że hospicujm nie ma chłodni, a ciało należy zabrać w ciągu kilku godzin po śmierci, musieliśmy rozejrzeć się za usługami, które byłby w stanie przyjechać o każdej porze. Wspólnie uznaliśmy, że to są tylko wstępne rozeznania, że tak naprawdę wcale nie wiadomo, kto pierwszy i to jest święta prawda - to są naprawdę ciężkie tematy do rozpatrzenia, rozmowy, analizy.
Przedwczoraj w malinach była koleżanka mojej babci. Niedawno zmarł jej mąż, półtora miesiąca temu i obie narzekały na samotność. Babcia, bo została i zostanie sama, a Pani K., że siedzi całymi dniami sama. Mówiąc mi, że samotność jest najgorsza, zrozumiałam, że ja to przecież wiem, że tak wygląda moje życie... że zarwóno w mieście studenckim, jak i tutaj w domu, jestem SAMA. Że ta samotność mnie dobija, że nie mam do kogo się odezwać, że... to jest straszne. Mam dwadzieścia trzy lata i nie mam nikogo - ani przyjaciela/przyjaciółki, ani chłopa. Jest mi przykro, bo wiem, że będę siedziała sama w niedzielę, a rano pójdę na Mszę, jak zawsze. Nic innego, nic lepszego mnie nie spotka. Wiem, że spobotę spędzę w polu - jak zwykle - i wieczorem padnę ze zmęczenia, chociaż powinnam iść gdzieś... Boli mnie to, bo otaczają mnie tylko nerwy, starch, zły humor mojej mamy, lęk o jutro i zmęczenie upałem i dniem spędzonym w polu. Nie czekam na smsa, na wiadomość, na telefon - swoją drogą, gdzie on jest...?
Jest mi przykro i cholernie głupio, że znów Wam tutaj marudzę. Że znów nie doceniam tego, co mam, ale proszę, powiedzcie mi, skąd je wziąć...? Skąd wziąć to szczęście, co pozwala z łóżka wstać każdego dnia?
Jejkuu biedna ;(
OdpowiedzUsuńNawet nie wiem co mam Ci powiedzieć..
Mogę tylko na pocieszenie dodać, że tutaj w blogowym świecie masz nas! Wiem, że to nie wystarczy, wiem, że to nie jest to co pozwoli Ci się zmotywować.. Ale może spróbuj zrobić jakąś metamorfozę w swoim życiu.. Wróć na studnia zupełnie odmieniona w nowej fryzurze...
Spróbuj poznać nowych ludzi.. Jak już poznasz jedną, to potem pójdzie już gładko.. I poznasz tysiące.
Życzę powodzenia i trzymam kciuki ;*
Wiem co teraz przeżywasz. Jeszcze kilka miesięcy temu miałam to samo. Moja babcia po wylewie miała zostać umieszczona w domu opieki. Tak się jednak nie stało, bo zmarła.
OdpowiedzUsuńJestem z Tobą i obiecuje Ci, że będzie lepiej ;)
przykre jak się tak patrzy na bliską osobę, której tak naprawdę nie jesteśmy w stanie pomóc...
OdpowiedzUsuń3maj się
Różne są powody, dla których człowiekowi nie chce się rano wstać z łóżka i mierzyć z kolejnym dniem... Dla mnie był to brak pracy i środków do życia, dla Ciebie samotność. Ale na wszystko jest rada - prędzej czy później (w moim ciężkim przypadku akurat później) rozwiązanie się znajdzie. Skoro jesteś w miasteczku studenckim, to nie ma takiej opcji, że długo będziesz sama. Może źle szukasz - nie zawsze trzeba szukać przyjaciół od serca. Takich masz tu. A Ty sobie po prostu poszukaj odmóżdżających znajomych, z którymi właśnie będziesz mogła wyjść na imprezę itp. A wtedy i chłop się znajdzie :))
OdpowiedzUsuńOstatnio też przeżywam trudny czas, odeszła od nas bliska osoba i najgorzej jest poradzić sobie z całym tym cierpieniem. Bardzo Ci wspólczuję i mam wielką nadzieję, że mimo wszystko zdrowie Twojego dziadka jeszcze się poprawi, chociaż troszkę. Trzymam za to kciuki!
OdpowiedzUsuńZ Twoją wrażliwością ciężko jest Ci wejść w jakąkolwiek grupę, i ja to bardzo dobrze rozumiem, miałam podobnie. Ale przyjaciele od serca to nie to sami, co znajomi z imprezy- tu przyznaję rację Ewelinie:) A może warto czasem gdzieś wyskoczyć, poszaleć, zatańczyć, oderwać myśli od trudnych spraw?:)
Oddanie kogoś do hospicjum to ciężka decyzja, ale rzeczywiście tam osoba umierająca ma znacznie lepszą opiekę niżby mogła mieć w domu.
OdpowiedzUsuńTemat śmierci zawsze jest trudny, zwłaszcza jeżeli dotyczy bliskiej nam osoby.
Wiem co to znaczy być samotnym wśród ludzi. Paskudna sprawa, ale w końcu spotkasz tego jedynego albo przyjaciela. Nie może być wiecznie źle. W końcu po każdej burzy wychodzi słońce - prędzej lub później.
Nie wiem gdzie jest to szczęście i skąd je brać. Wiem tylko,że w życiu nie może być ciągle źle. Los na pewno nie będzie szczędził Ci szczęścia. Czasem po prostu trzeba na nie solidnie poczekać.
OdpowiedzUsuńPodobno to od nas samych w dużej mierze zależy jak będzie wyglądać nasze życie. Trzeba więc wziąć sprawy w swoje ręce i rozejrzeć się za szczęściem, które może być całkiem blisko :)
OdpowiedzUsuńPrzypominasz mi mnie sprzed kilku miesięcy. Z resztą skoro poczytałaś moje notki powinnaś odnaleźć w nich podobne klimaty.
OdpowiedzUsuńMoje nastroje minęły, mimo iż tak naprawdę dopiero teraz powinnam czuć się sama i samotna.
Zrób coś! Nie czekaj aż zjawi się ktoś i odmieni Twoje życie!! Nie pogrążaj się w tym złym samopoczuciu, bo ono potrafi pochłonąć. Ubierz się ładnie i wyjdź na miasto, albo pojedź do innego, uśmiechaj się do ludzi, zafunduj sobie trochę szczęścia. Ewentualnie zaloguj się na portalu randkowym:)) Ja zrobiłam to właśnie w momencie gdy czułam się jak Ty - ku mojemu zaskoczeniu zaczęłam rozmawiać z ludźmi, a nawet jak wiesz spotykać:)
Przykro mi z powodu dziadka. Na pewno było ciężko oddać go do hospicjum, ale to dobra decyzja!
śmierć bliskiej osoby i przygotowania do tego, pewien rodzaj czekanie na nieuchronne to jedna z najtrudniejszych rzeczy, jaka spotyka nas w życiu. ale także, wiele nas uczy. oddanie kogoś do hospicjum w naszej mentalności, zakorzeneniu gdy umierało się w domu, często wydaje się czymś złym, ale niejednokrotnie to najlepsza decyzja, jaką można podjąć. nie zawsze dajemy sobie radę, nie tylko psyhicznie, ale trudno czasem spełnić wszystko to, czego chory człowiek by potrzebował. i właśnie, często kojarzymy hospicjum z , przepraszam za określenie, "smutną umieralnią" a wcale tak nie musi być. swojego czasu pracowałem w hospicjum, co prawda dziecięcym, ale okazuje się, że chociaż to miejsce pełne bólu i śmierci, jednocześnie jest miejscem pełnym życia. swoisty paradoks.
OdpowiedzUsuńponoć najsomotniejsi jesteśmy właśnie w tłumie, gdy otaczają nas ludzie ale..ja zawsze odnosiłem wrażenie, że nasze poczucie osamotnienia wywodzi się głównie z nas samych, nie zależy od tego, czy jesteśmy z kimś, czy mamy kogoś wyjątkowo blisko. to taka czarna dziura pod sercem, którą nosi każdy z nas i owszem, czasem obecność kogoś może ją załatać, zmniejszyć...ale czy kiedykolwiek usuwa się ona całkowicie, zostaje wypełniona? zdawało mi się zawsze, że nie, bo nadal mamy swój kąt tylko dla siebie, gdzie nikt nie ma dostępu. pomimo tego jednak ludzie dookoła nas są ważni. jesteśmy zwierzętami stadnymi i jeśli jest ci źle...cóż, może nie od razu, ale wszystko idzie zmienić:) wszystko zależy tylko i wyłącznie, jak zawsze- od nas samych.
To straszne widzieć jak nasi bliscy zmieniają się pod wpływem choroby, mój ś.p tata też stał się niedozniesienia mówił słowa które raniły, ale to nie jest już ten sam człowiek tylko przemawia przez niego choroba trzeba tym się wspierać. Samotność? Znam doskonale. Też nie mam przyjaciela, wszystkie przyjaźnie z biegiem lat się pokończyły lub okazały się strasznie interesowane a gdy przestało się tańczyć tak jak ,,przyjaciele " grają zostało się samemu, a czasem tęskni się za babskimi pogaduchami, wyjściami... :( Miłość? Zapuka do ciebie w najmniej oczekiwanym momencie, bo nikt nie jest stworzony do samotności uwierz w to ;)
OdpowiedzUsuńa znajomi z rodzinnej miejscowości,ze studiów,rodzina? nie masz wokół naprawdę nikogo,z kim mogłabyś organizować sobie czas? czasami naprawdę wydaje się,że jesteśmy sami,a gdzieś obok są ludzie tacy jak my,którzy czekają,aż ktoś wyciągnie do nich rękę...
OdpowiedzUsuń