Nie podjęłam jeszcze decyzji z zamieszkaniem. Postanowiłam, że ten tydzień będę dojeżdżać, a od poniedziałku zamieszkam u koleżanki. Ale na tydzień. Na tyle mnie zaprosiła.
Mimo to pojawiła się w mojej głowie myśl - przecież ona ma wolny pokój! W ogóle całe mieszkanie jest jej na czas studiów, jeden pokój zajmuje ona, a drugi koleżanka - ma się wprowadzić w połowie miesiąca. Został jeden, przechodni... w tamtym roku mówiła, że ma do wynajęcia również ten pokój za 350 plus rachunki (ale tego ostatniego nie jestem pewna). Podliczyłam swoje dochody (potencjalne) i wydaki, i wyszło że:
- na studia dostaję 100zł na tydzień- 20zł było na dojazd (weekend w domu), miało mi starczyć na jedzenie oraz na rzeczy potrzebne na studiach (obliczyłam, że teraz wydam jakieś 10zł na miesiąc na karton, plus jakieś inne jednorazowe koszty, nieco większe, ale nie regularne), za to też kupowałam sobie kosmetyki, bieliznę, ubrania.
- to daje mi 400zł miesiecznie
- praca dorywcza, którą miałam do tej pory pozwalała mi zdobyć od 100-200zł miesięcznie, ale to tylko dlatego, ze weekendy spędzałam w domu, a ta praca jest raczej weekendowa. Za 8h dostaję 40zł, więc spędzając dwa dni w pracy w weekend, mogłabym zarobić 80zł. Poza tym z planu wynika, że mogłabym jeszcze pracować w środy - więc miałabym 20zł. To dałoby mi jakieś 100zł tygodniowo. Zakładając, że pracowałabym tylko w weekend - 80zł .
- to dałoby mi od 320zł na miesiąc do 400zł.
Jeśli pokój kosztowałby 400zł to 320 miałabym na jedzenie. Ubrania i kosmetyki mam, na razie niczego nie potrzebuję (buty zimowe, jesienne mam). Gdybym wydawała 50zł na tydzień na jedzenie, oszczędzałabym 120zł. Poza tym mam oszczędności własne - jakoś tak na dwa miesiące czynszu, więc do grudnia pewnie dałabym radę.
Co myślicie o tym wszystkim?
Jeszcze Wam napiszę coś - mój brat nie zdał, wyrzucili go ze studiów. Ma akademik zarezerwowany, ale nie wiem, gdzie będzie mieszkał. Bo przecież musi iść na studia płatne. Jego utrzymanie będzie wynosiło o wiele, wiele więcej niż mnie (póki co płacił 415zł za akademik, 400zł na jedzenie plus 3 800zł za rok studiów na prywatnej uczelni). On nie bał się nie zdać - ja boję się wyprowadzić. Jestem głupia.
Dziewczyno, odwagi! Pogadaj z rodzicami, może okaże się, że dorzucą Ci dodatkowe 50zł tygodniowo i nie będziesz musiała aż tak kalkulować ;) Spróbuj, bo warto :)
OdpowiedzUsuńTo nie jest tak, że nie bał się zdać. Miał pecha, jestem pewna że już coś wymyślił i nie płacze do poduszki. Dasz radę, do dzieła.
OdpowiedzUsuńDzięki dziewczyny, tego mi trzeba! Motywacji! ;*
OdpowiedzUsuńZaryzykuj! Warto, naprawdę! Zobaczysz, jak odetchniesz i poczujesz się lepiej:)
OdpowiedzUsuńJak dla mnie ten pomysł jest bardzo dobry. Choć zastanawiam się, dlaczego nie znajdziesz jakiejś lepszej pracy. Poszukaj może jakiegoś biura pośrednictwa pracy dla młodzieży.
OdpowiedzUsuńTeż bałam się wyprowadzić. Aż postawiłam wszystko na jedną kartę, w ciągu tygodnia znalazłam mieszkanie i się do niego wprowadziłam. Po dwóch latach wróciłam do domu, teraz znów dojeżdżam. Nie wiem co było lepsze, co gorsze. Wszystko ma swoje plusy i minusy, zależy co chce się w danym momencie dostrzec.
OdpowiedzUsuńTylko nie trzeba się bać, bo strach nic nie zmienia ;)
Dokładnie! Więcej odwagi! ;)
OdpowiedzUsuńJejku co to za praca, że za 8h tylko 40zł?!
OdpowiedzUsuńNie jestem rozrzutna i szanuję pieniądze, ale nie wiem czy potrafiłabym tak "ukrócić pasa" ;)
Ale tak jak pisza dziewczyny, może warto spróbować! ;)