Te, które czytają mnie od dawna, pewnie mają jakiś tam obraz mojej osoby. Tak w przybliżeniu powiem Wam, że jestem typem, który dobro innych stawia ponad swoje, ustępuje, częściej (zawsze) kieruje się rozumem, niżeli sercem. Jeśli chodzi o kontkty z innymi, nigdy nie byłam asertywna, nigdy nie mówiłam tego co myślę...
Z moim mieszkaniem studenckim też tak było - niby ustaliłam wszystko z dziewczynami, mama się zgodziła, miałyśmy razem mieszkać - tak jak w liceum trzymać się razem. Tata miał inne zdanie i wylądowałam u ciotki, jego siostry... Zresztą, pisałam już o tym tutaj.
Sytuacja się nadal nie zmieniła. Po tym incydencie z molami, mam ochotę wynieść się na koniec świata. Brak funduszy mi w tym przeszkadza, ale jestem gotowa sama sobie zarobić na wynajem pokoju. Boję się tego, bo perspektyw jako takich nie mam, a studia, które są czasowo szalenie wymagające nie ułatwiają mi podjęcie pracy. Myśl o wszystkich męczących wieczorach w samotności, o wspomnienia o obronie, którą świętowałam sama w łóżku, gdy za ścianą ciotka miała gości, o sytuacjach - głupich i najgłupszych, które mnie tam spotykały... o tym, że będąc tam nie mogę nawet spokojnie skorzystać z toalety, bo to dla mnie wielki stres, o tym, że prysznic biorę co dwa dni, bo wtedy ciotka pracuje... Wspomnienia, że "pachnę" farbami po całym dniu i u ciotki są znajomi, a ja cała ubrudzona (ta farba nie zmywa się za pierwszym, drugim, trzecim... razem) siadam z nimi do stołu i jem nieswoje jedzenie, myśl, że znów podczas tych kobiecych dni wolałam szwędać się po centrum handlowym, bo nie dość, że boli to jeszcze każda wizyta w toalecie to osobna męka, tyle że psychiczna. Nikt tego nie zrozumie, bo nikt nie jest mną. Kocham komlikować sobie życie, to fakt, ale nie zmienię tego i nie zaakceptuję swojego pobytu tam. Próbowałam przez cztery lata, a najlepszy okres w życiu - studia, stał się najgorszym. Nie chcę tam być, jest mi tam starsznie....
Dziewczyny, proszę, pomóżcie. Do tej pory się nie zawiodałam na Was. Co mogę zrobić w tej sytuacji? Nie mam z kim o tym pogadać, boję się każdego kroku. Co Wy zrobiłybyście w podobnym położeniu?
Wiem, że ta cała sytuacja to też moja wina, bo się poddaję co roku i nie stać mnie na rozmowę z rodzicami. Widząc, jak niewiele ich obchodzi moje mieszkanie tam (byle żebym tam była) mam ochotę postawić na swoim i wbrew ich woli wyprowadzić się.
Co robić?
hmm trudna sytuacja, postaw na swoim i sie wyprowadzi. Studia to najpiękniejsze chwile w życiu młodego człowieka a mieszkanie u cioci nie powinno cie tak dołować. Miło mi że mnie odwiedziłaś :P
OdpowiedzUsuńJedyne co możesz zrobić to postawić na swoim. Myślałaś o akademiku czy nie ma na to szans?
OdpowiedzUsuńWiesz, ostatecznie zagroziłabym rodzicom, że rzucam studia czy coś, ale ja to ja i bardzo nie lubię, kiedy ktoś mi coś narzuca.
Czytam Cię od dawna i chcę Ci powiedzieć jedno - zacznij walczyć o siebie, bo jak nie Ty sama, to kto? Jesteś świetną dziewczyną i naprawdę warto, żebyś zaczęła myśleć o tym, co jest najlepsze dla Ciebie i co Tobie sprawiłoby przyjemność ;)
Popieram Kasię- musisz zrobić jakiś krok, żeby zacząć walczyć o siebie. Jesteś naprawdę wartościową osobą, wrażliwą- i jeśli męczy Cię mieszkanie u cioci, i to do tego stopnia, może warto poszukać na przykład pokoju do wynajęcia? Moja kumpela mieszkała kiedyś w wynajmowanym pokoju u sympatycznej starszej pani, której oczywiście płaciła za wynajem, ale czasem także wypiła z nią herbatę, porozmawiała. Walcz, Kochana, nie poddawaj się! Może wniosek o akademik to te jest jakieś rozwiązanie?
OdpowiedzUsuńJesteś dorosła więc weź sprawy w swe ręce!! Lepiej działać niż gdybać.
OdpowiedzUsuńhej hej, nie same dziewczyny, czuję się pominięty! XD
OdpowiedzUsuńsytuacja faktycznie nie jest za wesoła, sama w sobie..tak się męczyć, cały czas, kiedy to człowiek powinien się rozwijać, poznawać samego siebie i pewne uroki życia? ja osobiście zacząłbym od rozmowy z rodzicami, zdobyłbym się na nią wreszcie. Nie znam twoich rodziców, ale głęboko chcę wierzyć, że zawsze jednak zależy im na szczęściu dziecka. Czy oni w ogóle wiedzą, jak się tam czujesz? Tak szczerze, dogłębnie?
Tyle lat kompromisu, a raczej "robienia" pod ich dyktando-powinni wreszcie odpuścić, zauważyć, że jesteś dorosła i masz prawo żyć swoim życiem.Ale cóż, różnie wychodzi.
Powiem ci, że z mojej perspektywy mam wrażenie, że zawsze można sobie poradzić. Studiowałem jednocześnie dwa kierunki i zarabiałem na utrzymanie nie tylko siebie, ale i swojej rodziny. I dało się przetewać, połączyć to tak, że nic nie było pokrzywdzone. No, może ja tylko momentami przemęczony, ale hej, nie ma rzeczy niemożliwych:) Czasem warto zaryzykować, żeby być szczęśliwym:)
Jest kilka innych opcji:
OdpowiedzUsuń1. Dojazd z domu, 55km, myślę, że da się przeżyć. Własny, ciepły dom, moja szafa, moje codzienne przedmioty, którymi się otaczam, moje obrazy na ścianach...
2. Mieszkanie u babci. Babacia mieszka 22km od miasta studenckiego, dojazd jest zły do autobusu, ale do samej uczelni wręcz idealny (jeśli uda się dojechać do tego busa właśnie). Mogłabym kombinować coś z autem rodziców, bo dziadka samochód nie nadaje się do jazdy, a jego naprawa wyniosłaby więcej niż wartość auta i wówczas szaleć, ale boję się, że zimą nie będę miała sił, by wstawać o 5 rano i odśnieżać wyjazd i drogę. Ale cóż, wolę to niż... no właśnie ;)
3. Kredyt studencki i wyprowadzka do koleżanki. Nie mam rozeznania w kwestii kredytów, ale... ta opcja brzmi nieźle, dopóki się nie myśli o spłacie...
4. Myślałam nad znalezieniem pracy (mam dorywczą, ale oprócz tej również dodatkową), jednak plan zajęć mi nie pozwala na to - zajęcia w ogóle nie są mobline, mało tego - wychodzi na to, że będę musiała zrezygnować z dorywczej pracy. Zoabczymy jednak, jak to w praniu wyjdzie. I znalezienie pokoju (np. u koleżanki).
Na samą myśl, ze został mi nieco ponad tydzień mam dreszcze.
kredyt studencki odradzam. szczerze mówiąc, wszystko co obiecują banki wudaje się idealnym rozwiązaniem, ale potem..jako że jestem juz po studiach, widzę, jak męczą się niektózy przyjaciele w owymi kredytami. naprawdę, mało wygodna opcja po czasie. wszystko ładnie, pięknie, póki nie dojdzie do szukania pracy po studiach i nagle- chcą ode mnie regulaty zobowiązań, a ja nie mam z czego płacić, bo ledwie starcza mi na czynsz.
Usuń55 km wydaje się mało, ale dojazy męczą. prędzje od babci, tym bardziej hm...w obecnej sytuacji, zdaje mi się, że to nie byłaby taka zła opcja. mała odległość a i babcia może potrzebować kogoś bliskiego:) może to jednak lepiej, niż tramuatyzująca ciotka. nadal nie pełna niezależność, ale niezależność tkwi w nas samych, naszym braku skrępowania et cetera. tydzień to faktycznie mało czasu, ale nieraz można się zmobilizować i podjąc odpowiednią decyzję:) przynajmniej, tak mi się wydaje:)w razie czego, pokoje można znaleźć, jak i pasującą pracę, w czasie roku akademickiego. wszystko można, jak sie wystarczająco chce i ma się odwagę
Na pewno musisz zrobić jakiś ruch. Pamiętaj,że życie ma się jedno, i musisz żyć w zgodzie z samą sobą,. skoro mieszkanie z ciocią Ci nie służy, warto znaleźć alternatywę. Ja do uczelni miałam chyba właśnie z 22 km- jak Ty od domu babci, musiałam jechać autobusem i tramwajem, zdarzało się,że zajęcia miałam na 7 rano, a kończyłam o 21. Ale takie dojazdy czasem męczą-nie będę udawała,że stanie w zimie na przystanku jest przyjemnością, ale da się wszystko nie tyle przeżyć co nauczyć się czerpać z nich satysfakcję :) No i Twoja babcia na pewno czułaby się lepiej mając kogoś u boku.
OdpowiedzUsuńTrzymam kciuki za Twoją decyzję, podejmij taką, która przyniesie Tobie spokój.
A jak długo musiałabyś jechać z domu? Ja dojeżdżam do miasta jakieś 50 km i nie jest aż tak źle jak się może wydawać. Jest to trochę męczące ale da się przeżyć. No i są same plusy mieszkania w domu: ciepłe obiady, własne łóżko itp.
OdpowiedzUsuńPrzemyśl dokładnie te wszystkie opcje, bo naprawdę nie warto się męczyć.
Podróż trwa 1h i 15-20min, ale ktoś musiałby zawieźć mnie na przystanek.
UsuńA daleko masz do tego przystanku? Moja podróż trwa podobnie.
UsuńNajwiększym plusem mieszkania w domu byłby fakt, że tutaj mogę wszystko, co związane jest z moimi studiami. Mogę malować, brudzić podłogę bez skrępowania, smrodzić rozpuszczalnikami... Mam do dyspozyji piwnicę, dwa pokoje i strych, co pozwoliłby mi na artystyczne szaleństwa.
OdpowiedzUsuńU babci było by też nieźle, prócz malowania farbami, ale stamtąd miałabym i bliżej, no i babcia nie byłaby sama, miałby kto robić jej zakupy, a obiady tak naprawdę, to czekałyby na mnie właśnie u niej, a nie w domu, jak mówicie.
Gdy to tak wszystko czytam i składam w całość w swojej głowie, gdybym był w Twojej sytuacji chyba, osobiście, wybrałbym mieszkanie u babci. Bo nie chodzi w tym wypadku tylko o Ciebie, ale i o nią. Ale może moje osobiste odczucia wynikają z tego, że z rodzeństwem mieszkam właśnie u dziadków, którymi niedługo będę musiał prawdopdobnie się zajmować, bo jednak czas leci, ludzie się starzeją...Po prostu, starość w samotności na co dzień pomimo tego że np. rodzina odwiedza jest sie blisko, ale starość gdy mieszka się samemu bywa nie za wesoła, zdaje mi się. A zdaje mi się, że jednak z babcią dobrze się dogadujesz, co?
UsuńA artystyczne wyżywanie zawsze idzie jakoś obejść. Sam obchodziłem to, zanim wyciszyłem poddasze na którym mieszkam, bo granie po nocach może rodzinę doprowadzic do szału. W każdym razie, zawsze są jakieś sposoby, żeby móc tworzyć. Wynajęcie jakiegoś dodatkowoego pomieszczenia za grosze, udostepnianie sal przez uczelnie? Przynajmniej, ja tak robiłem swojego czasu:)Dom to dom, fakt, tam człowiek czuje się najswobodniej, ale jak ma wenę i potrzebę tworzenia, to pewne niuanse nie są w stanie temu przeszkodzić:)
skoro mieszkanie u ciotki jest dla ciebie aż tak niekonfortowe wręcz stresujące postaw na swoim że niechcesz tam mieszkać, przecież nie warto się rujnować psychicznie
OdpowiedzUsuń