Piątek był najgorszym dniem - to dzień pogrzebu. Rano na 7 pojechaliśmy na Mszę i wszyscy poszliśmy do spowiedzi. Wyspowiadałam się z dwóch, ciężkich grzechów, które niestety szybko do mnie powrócily - gniew i zazdość. Postanowiłam jednak, że będę z tym walczyć. Teraz jest okazja, by zacząć wszystko od nowa, jeszcze raz, lepiej i piękniej.
Bo tak się czuję. Coś się skończyło. Skończyło się życie. Wydaje mi się, że to nie stało się naprawdę, że Dziadek wciąż jest, ale w szpitalu. I w niedzielę, jak zawsze do Niego pojedziemy, pójdziemy z Nim do hospicyjnej Kaplicy i posłuchamy jakie ma plany na czas, kiedy wróci ze szpitala.
Kiedy pojechaliśmy do niego we wtorek, czuł się kiepsko. Nie mógł sam się podnieść, nie chciał jeść, mówił od rzeczy (a może nam się tak zdaje, że to bez sensu, a kiedyś Jego słowa nabiorą znaczenia?). Siedział oparty o podniesione łóżko, miał wzrok wpatrzony w jedno miejsce, oczy takie mokre i ciepłe, takie wilgotne, błyszczące, czerwonawe, ale ciepłe i dobre...
Noce spędzała z Nim ciotka, Jego córka, bo mieszka w tym mieście i najważniejsze, pracuje w tym miejscu. Mama tego dnia wróciła późno, bardzo późno, bo dziadek nie chciał jej wypuścić do domu. Bał się. Nie chciał być sam.
Rano zabraliśmy babcię i z bratem pojechaliśmy od razu do Dziadka. Wyglądał bardzo źle. W ogóle nie przekręcał głowy, nic już nie mówił, nie jadł... Krwiak, jaki zrobił mu się na nodze, wyglądał starsznie. Całe udo czerwono-fioletowe, wyglądało to starsznie, naprawdę... przeraziłam się i zrozumiałam, że za moment uścisnę Jego dłoń ostatni raz.
I tak było, pojechaliśmy do babci, zaczęliśmy rwać maliny i dostałam sms'a od mamy. "Dziadek nie żyje". Zapomniałam dodać, mama przyjechała intuicyjnie. Rano poszła do pracy, a za dwie godziny była już u Dziadka, czuła, że musi tam być. Dziadek umarł przy swoich dwóch córkach, żonie. I modlitwie. Bo babcia zapaliła gromnicę i odmawiała wtedy różaniec. Po zakończeniu modlitwy Dziadek zrobił trzy oddechy i odszedł...
Pogrzeb był dla mnie najgorszym przeżyciem. Cała ceremonia w Kościele była dla mnie smutna. Pomimo, że wzięłam trzy tabletki na uspokojnie, ryczałam jak dziecko. Nie potrafiłam powstrzymać łez. Dopiero po wyjściu z Kościoła, gdy ujrzałam na pogrzebie bliską mi osobę, zrozumiałam, że muszę wziąć się w garść. Że płacz mi nie pomoże, że muszę być silna, muszę dalej żyć, muszę pracować, uczyć się i uśmiechać, pomimo wszystko...
To był mój chrześniak, jedyne dziecko na pogrzebie, czterolatek, który nic jeszcze nie rozumie, ale był. I chociaż jest to rodzina od strony taty (Dziadek to ojciec mamy) to zjawił się i on, w sweterku, który dostał od mojego Dziadka na gwiazdkę. Dziadek go uwielbiał. Uwielbiał jego ojca, z którym współpracowali.
Nawet w dzień śmierci, gdy przyjechałam do drugiej babci, gdzie mieszka mój chrześniak, ten wskoczył mi w ramiona, utulił i zaczął głaskać, jakby wiedział, że tego potrzebuję, że coś mnie boli w środku, że serce mi pęka. I wtedy się popłakałam... I jego mama razem ze mną, bo starciła Ojca dwa lata temu.
Dzisiaj minął już tydzień. Nie myślę o tym wszystkim. Zostawiam to za soba, mam tylko wspomnienia te dobre, miłe. Pracuję tak, jak Dziadek, na Jego ziemi, najlepiej jak umiem. Codzienność determinuje rozpacz i ból. I choć jeszcze teraz łzy mi się leją, to za moment wrócę do swoich obowiązków i będę jakoś żyć.
Bo życie toczy się dalej... A zresztą, jak pisałam powyżej: "Teraz jest okazja, by zacząć wszystko od nowa, jeszcze raz, lepiej i piękniej."
Wiem co czujesz. Dzisiaj minęło 10 miesięcy od śmierci mojego kuzyna, a ja nadal nie mogę uwierzyć w to, że nie żyje. Czytając ten wpis przypomniałam sobie wszystko: szok, niedowierzanie i ogromny ból.
OdpowiedzUsuńStrasznie mi przykro. Aż wszystko po śmierci mojej babci do mnie wróciło.
OdpowiedzUsuńJa trzymałam się w kościele na koszmarnie suchej mszy, gdzie byłam wściekła na księdza, że odprawia ją tak automatycznie, w błyszczącym wdzianku we wzorki.
Najgorzej było, gdy wynoszono trumnę z kaplicy.
Ale ten ból będzie mniejszy. Zawsze będzie uwierał, ale będzie mniejszy.
Dobrze Cię rozumiem. Kiedy kilka dni po powrocie z wakacji zadzwonił do nas teść i powiedział, że odeszła babcia mojego Męża, byliśmy zszokowani- jak to, tak nagle? Potem przyszły łzy, ale nie od razu, dopiero po kilku godzinach, kiedy doszło do mnie, co naprawdę się stało...
OdpowiedzUsuńTrzymaj się. Musisz. Przed Tobą całe życie, Kochana, piękne życie, z którego trzeba brać każdą chwilę i starać się nią cieszyć. Przytulam mocno i wspieram:*
Na pewno Twój dziadek byłby dumny, jest dumny,że jego odejście to dla Ciebie początek do tego by teraz było lepiej i piękniej. Pielęgnuj wspomnienia, bo są na pewno cudowne.
OdpowiedzUsuńDziękuję Wam pięknie za dobre słowo, za to, że jesteście ;*
OdpowiedzUsuńbardzo mi przykro
OdpowiedzUsuńpielęgnuj to co dobre w Twojej myśli, z czasem będzie lżej
ściskam :*
piekne te Twoje slowa... lzy plyna mi po policzkach... trzymaj sie... dziadek bylby z Ciebie dumny,gdyby to przeczytal...
OdpowiedzUsuń